zimowe refleksje

Życie się zmienia, świat nie kręci się już w okół seksu. Ostatnio oboje z chłopakiem mamy jakiś gorszy okres (zwalmy to na pogodę i zarazki), że pląsanie w pościeli od jakiegoś czasu jakoś zupełnie nam nie w głowie.

Czasem myślę, że kiedy się kręcił w okół tego seksu, to byłam jakaś zdrowsza, mimo teoretycznie większej ilości nerwów, napięcia, rozczarowania. Może dopiero teraz za to płacę? A może dopiero teraz mogę sobie na to pozwolić, kiedy jest ktoś kto o mnie zadba?

Siedzę piszę pracę, staram się uczyć do egzaminów, które czekają mnie już po studiach, poza tym jakoś zabijam czas. Zastanawiam się czasem czego właściwie chce ja, a czego chcą ode mnie inni. Odpowiedź przynajmniej na to pierwsze pytanie na pewno prosta nie jest. Czego chcą inni – na to odpowiem z łatwością. Inni chcą żebym zrobiła odpowiednio prestiżową karierę, żeby mama i tata wreszcie mieli powód do dumy, chłopak też mógł się chwalić znajomym, tego chcą przede wszystkim. Ja mogę powiedzieć, że na pewno chcę być zdrowa, przestać być ograniczana przez swoje ciało. Z drugiej strony jest w tym pewna prawda, że złe samopoczucie daje trochę ochrony przed światem, przed wszystkimi wymaganiami. Bycie zdrowym daje wolność, która może gdzieś trochę przeraża, ta liczba nagle otwierających się możliwości, życie w pewien sposób od nowa, ale też zmierzenie się ze wszystkimi oczekiwaniami.

Podobno często ludzie gdzieś koło 30tki nagle odkrywają czego tak naprawdę chcą od życia, jest to w pewien sposób pocieszające jako, że ten wiek jeszcze przede mną, jest na co czekać ;-)

Czasem zastanawiam się jaka bym była gdyby nie problemy zdrowotne i myślę, że chyba bardziej wyniosła, głupsza i bardziej płytka. Może byłabym jak te dziewczyny, których całe życie kręci się w okół pakowania na siłowni, a następnie pakowania hialuryny w usta i które czują wyższość i pogardę nad tymi, którzy nie robią tak samo. Możliwe, że nie potrafiłabym docenić miłości tak jak doceniam ją teraz. Docenić tego, że ktoś się troszczy, że można na kogoś liczyć i oprócz wszystkich innych cech na wishliście dotyczącej wymarzonego partnera, te są jednymi z kluczowych. Łatwo o takich rzeczach zapomnieć, kiedy czujesz się dobrze i wydaje ci się, że jesteś niemal niezniszczalny, właściwie nie potrzebujesz nikogo, wtedy każdy drobiazg w drugiej osobie może niespodziewanie rozrosnąć się aż do momentu bycia deal breakerem, przecież wszędzie tyle „świeżego mięsa”, tak łatwo wszystko zmienić.

Śmieszą mnie te wszystkie blogi, które tonem niecierpiącej sprzeciwu mamusi mówią czytelnikom jak mają żyć albo że to jak żyją do tej pory jest bee i są złamasami. Jakoś nie czuję ich autorytetu. Śmieszne, że chyba duża część osób jednak czuje skoro komentuje, zachwyca się, przyznaje do winy, niczym po niedzielnym kazaniu. Chyba najwięcej kojarzę takich bzdur w postach na temat jak tu stać się łamaczem serc i popatrz jakim teraz jesteś złamasem, które najczęściej piszą starzy kawalerowie grubo po 40tce bez głębszych związków na koncie, cały czas pukający naiwne 20tki. Tylko być może oni tylko te świeżo upieczone maturzystki, które ledwo co weszły na erotyczny rynek przygód są w stanie nabrać, że złamasami nie są.

Potem chodzą takie misio- ciotki po przeczytaniu takiego artykułu, którym wydaje się, że nagle odkryli tajemnice bogów i udają skurwieli, co od razu na wstępie gwarantuje sromotną porażkę i ośmieszenie, bo fałsz się wyczuje. Zresztą to temat rzeka i chyba nie ma co się tu dzisiaj wkręcać, w każdym razie jeśli chodzi o atrakcyjność to naprawdę nie o bycie skurwielem chodzi.

Szczypta pieprzu

Na razie leniwie, powoli.

Z trudem dopisuje po kilka zdań pracy magisterskiej, chce żeby to szybko było za mną, taki jest plan, niech leży, napisana, gotowa.

Listopad tuż tuż zaraz muszę zacząć praktyki, jeszcze nie do końca zdecydowałam gdzie, chociaż to sąd jest mi znanym i jakimś takim prostszym, spokojniejszym miejscem. Czy warto jeszcze raz próbować przekonywać się do kancelarii?

Najpierw jeszcze konsultacja, doktor ma być w Polsce w tym tygodniu, telefon czeka na sygnał mogący pojawić się w każdej chwili. Zanim zacznę jakąś prace muszę wiedzieć, co dalej ze mną, to postanowione.

Ostatnio moja psycholog sugeruje, że moje szczęście uzależnione jest od facetów, że nie potrafię i nie lubię bliżej dopuszczać do siebie kobiet, że nie wierzę w ich siłę i sama sobie ją odbieram?

Z moim dobrze. Mamy za sobą weekend rozpusty, a wcześniej moje urodziny też rozpustne. Przecudne wielkie róże, o niespotykanym, świeżym odcieniu różu z czerwienią, specjalnie wybrane, gdzieś z Ameryki Południowej dostępne tylko teraz, tylko tam, specjalnie na moje urodziny, wyjątkowe – tak jak uwielbiam. Torty, świeczki, masaże całego ciała… Pyszne kolacje i pyszne śniadania i pyszne obiady potem desery w coraz to nowszych, modniejszych warszawskich knajpkach. Potem pyszne drinki, oczywiście tam gdzie wypada teraz chodzić najbardziej. Nie miałam ochoty ubierać się zdzirowato. Przejrzałam dawne sukienki i do większości poczułam lekki wstręt, były jakieś nie-moje, nieodpowiednie, tak bardzo chciałam znów poczuć to co kiedyś, a jednocześnie nie potrafiłam ubrać rzeczy, z których wcześniej, za tamtych czasów byłam tak dumna. Trudno, chyba mnie pogieło, stwierdziłam, że nałożę ciemne dżinsy – dżinsy do klubu!? To chyba był mój pierwszy raz. Dżinsy, wysokie szpilki, w których prawie nie pamiętam jak chodzić i koronkowe piękne body, wyglądające nieco jak ekskluzywna bielizna – elegancko, a jednak sexy, w tym czułam się dobrze. Czerwone paznokcie, koczek, najchętniej umalowałabym usta moją ulubioną krwistą czerwienią, która kurzy się na dnie szuflady, ale nie umalowałam, szyna i taka szminka to jednak zbyt odważne.

Klub, nie byłam tam wieki, ciemne, tłoczne, głośne miejsce, pełne nieznajomych. Po kilku drinkach i wyjściu na parkiet szybko się odnalazłam. Ja – tam, prawie anonimowa, a może po prostu inna niż ta poza klubem, tamtą, tą nieśmiałą i słodką zostawiłam przed wejściem. Rytmy pozwalające wywijać się mojemu ciału jak kobrze, to coś czego potrzebowałam. Zrobiłam to, odpuściłam i poczułam łaknienie, chciałam więcej, tańczyć do rana, mieć wszystko w dupie, tańczyć póki nie ugną się pode mną nogi, bez przerw, bez tchu, poczułam żądzę prostego uniesienia. Niech oni patrzą, niech ślina kapie im z ust, te spojrzenia z uśmiechem i te drugie te pełne pogardy, a zarazem pożądania – karmiłam się nimi łechcąc czule swojego ego, tak dawno go nie pieściłam. Patrzyli, wszyscy, obcy i znani, widziałam ukradkowe spojrzenia jego kolegów, niczego więcej prócz tych spojrzeń nie potrzebowałam… Tylko on uciekał mi wzrokiem, ten którego uwieść chciałam przecież najbardziej. Ale on był taki sam jak przed wejściem, był tam dla mnie, ale nie czuł tego co ja i tego co inni. Zagubiony, bo zawsze chodził do takich miejsc wyrywać laski na noc, a teraz jest z kimś, w dodatku odmawia kumplom, nie bierze z nimi jakiś dziwnych proszków, o których realnym istnieniu nawet nie miałam pojęcia póki go nie poznałam. Ale przecież poza naszą pierwszą noc mieliśmy taką imprezę, kiedy odpuścił, kiedy czuł to co ja i pragnął mnie, widziałam jego oczy i czułam zachłanne dłonie. A może wtedy po prostu był pijany? A jednak, teraz gdy grzecznie zasypialiśmy w łóżku, mówił że, potajemnie, nie dając nic po sobie poznać, karmił się tymi spojrzeniami, tymi samymi co ja, że te spojrzenia w prosty, nieco wulgarny sposób pieściły go w środku. Wcześniej, kiedy zamawiał mi drinka, a ja siedziałam przy stoliku powiedział, że wyglądam jak luksusowa dziewczyna na telefon, właśnie to chciałam usłyszeć, po części wtedy właśnie tak chciałam się czuć albo tak być postrzegana, chciałam być kimś innym…

W przerwach od pisania czytam artykuły na filozofię, Hart, Dworkin, Kelsen. Po każdych piętnastu mądrych stronach artykułu trzeba nieco ochłonąć.

Moje pragnienia nie chcą chodzić ze sobą parami. Czasem mnie nosi, czuję w sobie narastające pokłady miłości, a także agresji, których nie ma gdzie ulokować. Mam skłonność do przesady, czasem go męczę. Czasem nie mogę wytrzymać, chcę seksu takiego żebym nie miała siły ruszyć nogą ani ręką, chce przesady, rozładowania napięcia, które bezlitośnie męczy. Chce wylać swoją miłość, czasem obsesje, której pokłady się nie kończą i swoją złość, poczuć ból i przyjemność, oczyścić się. Chce tego, co kiedyś zdarzało mi się mieć, ale nie w taki sposób jak wcześniej, nie chce tego bez miłości, a przynajmniej kiedy to wszystko odpuści chce znów poczuć ciepłą bezpieczną miłość. Już nie chce być sama, czasami marzę o pierścionku, wspólnym domu, dzieciach o jego ramionach, które mogłyby już zawsze być obok i chyba jak zwykle potrzebuje zarazem mieć ciastko i je zjeść.

woman_in_love12_by_fort_o

powrót z wakacji

Szczęśliwa, opalona wróciłam do Polski :)

Nasze pierwsze prawdziwe wakacje za nami – pierwszy dłuższy, wspólny wyjazd i było wspaniale.

Piękne widoki, biegające dziko kozy, my na skuterze przemierzający ciasne skalne zakręty, podziwiający otaczające morze.

Jednym słowem miłość rozkwitła, tak jak na początku związku kochaliśmy się codziennie, a po tygodniu ciągłego spędzania czasu razem nie mieliśmy siebie wcale dosyć :)

 

Pewnie jakbym Wam wszystko opisała, zaraz ktoś znowu napisałby mi, że zmyślam ;-)

W sumie nawet mi pochlebiało, gdy ktoś nie mógł uwierzyć w moje dla mnie dosyć zwykle i nie jakieś niesamowite życie.

Każdemu polecam kąpiel nago w błękitnej, cieplej wodzie oraz uprawianie miłości na środku pięknej piaszczystej plaży w październikowe popołudnie – wspomnienia zostaną na zawsze :))))

Miłego tygodnia.

 

co u mnie

Co u mnie?

Moje życie trochę się zmieniło, według większości pewnie znormalniało.

Jestem zakochana, choć są różne fazy i momenty. Na szczęście nie jest to rollercoaster jak z Chujusem, mimo że raz na jakiś czas bywają i momenty skrajnego nieszczęścia powodujące, że nie potrafię na niczym się skupić, żyć, spać, oddychać. Na szczęście te momenty nie są aż tak częste… Z drugiej strony może dobrze, że nie jest tak słodko i cudownie jak z moim pierwszym facetem, chyba długo bym nie wytrzymała- ale to mi nie grozi, mój obecny ma inny charakter.

Kończę studia… Co dalej?… Mam ambitne nawet bardzo ambitne plany, od których czasami odrywają mnie marzenia, potem jednak wracam na ziemię albo do ważniejszych marzeń? Bo chyba jednak największym marzeniem zawodowym jest dla mnie spokój- dla tego spokoju jestem w stanie poświęcić lata nauki, poświęcić inne marzenia. Praca, która daje nobilitacje, jest samodzielna, stabilna, z dobrą zagwarantowaną pensją, to coś co przysłania szalone marzenia.

Cały czas mam się ze swoim zdrowiem, jak nie to to tamto i tak całe życie. Aczkolwiek największy problem, który na parę miesięcy oderwał mnie od normalnego funkcjonowania został uśpiony i czuję się jak nowo-narodzona. Jeszcze trochę i będzie decyzja czy potrzebna operacja… Ale to niesamowite jak człowiek zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na świat i doceniać życie, kiedy długo czuje się do dupy i nagle jest dzień, który jest choć trochę lepszy- wszystko wydaje się wtedy tak niesamowite i wspaniałe, cieszy najmniejsza rzecz, łatwo zapominamy o tym na co dzień.

Chodzę regularnie do pani psycholog, czuję się z nią lepiej. Chociaż czy to mi pomaga na dłuższą metę? Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy wychodzę z wizyty świat chwilowo jest lepszy, jestem spokojniejsza, mniej zagubiona, wszystko mniej boli. Potem znowu wracają gorsze chwile i samopoczucie. Ile jest tego w mojej głowie? Ile to stres? Czemu jestem taka delikatna? A może to nie aż taka kwestia psychiki?

Faceci z przeszłości co jakiś czas się odzywają, choć nie daje im żadnego powodu, wszyscy których znacie z bloga dają czasem znak życia. Dziwie się, że jeszcze piszą po tym czasie, choć nieco mi to schlebia ;) Tak czy inaczej nie robi to na mnie większego wrażenia i nie korci mnie, by się z nimi spotykać. Jest jeszcze mój pierwszy chłopak, z którym nieco odnowiły mi się kontakty, nawet raz się widzieliśmy. On nie jest żadnym typem spod ciemnej gwiazdy i poza tym jest już długo w związku na serio… Aczkolwiek odkąd miesiąc temu wyjechał za granicę ciągle do mnie pisze (nie ma tam jego dziewczyny, więc nie ma się przed kim kryć) – trochę mnie zastanawia czemu tyle pisze i w dodatku wysłał mi pocztówkę, ale myślę, że to zupełnie niewinne.

Przytulam się ciasno.

2872026_paki-pelargoniaZmieniam się powolutku rozwijam…

Ciekawe, że przy tej osobie zaczęłam w dużej mierze inaczej patrzeć na związek, chcieć trochę czegoś innego.

Czasem warto przestać na chwile patrzeć na innych, zatrzymać się i poklepać po ramieniu. Może to wszystko ma jakiś sens?

Dzięki temu, że muszę jeździć daleko za miasto na rehabilitacje, no i temu że pomógł mi mój mężczyzna zaczęłam dużo pewniej czuć się w samochodzie i w ogóle jeździć. Jeszcze pół roku temu jazda bez stresu to była jakaś abstrakcja, teraz śmigam jak ta lala, co prawda po znanej trasie, ale to już zdecydowanie coś!

Często się boję, ale czemu właściwie? Poradzę sobie, przecież wiem… Sama też sobie poradzę.

Czasem mam już  dość naszego związku, choć nadal coś nie pozwala mi choć na chwile odejść, tupnąć nogą i przez moment mieć to gdzieś.

Jestem w stanie dużo znieść, chyba za dużo. Mój wewnętrzny masochista zbyt często triumfuje. W imię czegoś co nazywamy „miłością” zapominam co to duma, zapominam o tym, że boli, że już nie mam siły. Są chwile, gdy już nie mam na nic siły, już nie dam rady walczyć, tak bardzo chce żeby mnie po prostu przytulił, pocałował… Potem znów jest dobrze, choć dużo we mnie niepewności. Czemu tak walczę? Czy w ogóle warto? Ostatnio ta myśl często zaprząta mi głowę. Tak bardzo chce być kochana? A może ja po prostu zawsze walczyłam o miłość choćby ze strony mojej mamy i kiedy ją dostaje tak po prostu bez walki nie potrafię jej przyjąć?

Patrzę na niego…Tak dobrze mi w jego ramionach… Ale czy ja go naprawdę znam? Czy ja mogę na nim polegać?

Widzę w nim tak sprzeczne oblicza, kiedy przytula mnie czule i całuje, w jego oczach widzę czułość i miłość, robi mi się nagle dużo cieplej, bezpieczniej, nic nie jest ważniejsze… a potem nagle ten obojętny wzrok i słowa, które uderzają dokładnie tam gdzie boli najmocniej pozbawiając resztek nadziei.

Nie sądzę żebym była jakoś szczególnie dziecinna, może on nawet jest bardziej dziecinny ode mnie? Patrząc chociażby na jego podejście do problemów i do rozmawiania ze mną, czy komunikowania swoich potrzeb. Myślę, że zdecydowanie w tym aspekcie to ja jestem dużo rozsądniejsza i trochę mam poczucie, że jest to na mojej głowie. On na pewno jest bardziej zaradny, pewniejszy siebie, ma coś co zbudował sam, z czego może być dumny, ale ja też kiedyś będę miała…

Jakie ma intencje? Czy jest warty tego wysiłku?

Nie jest to facet do romantycznej miłości, ani ktoś dla kogo będę całym światem, ale to nic… Tak naprawdę dla mnie na życie liczy się co innego, tak jestem dużo bardziej praktyczna, ale czy umiałabym żyć z małą ilością zainteresowania, zawsze na drugim planie trochę niedowartościowana?

Tak jestem praktyczna, nie umiem też łatwo się rozstawać, ale lubię mieć to i tamto, zjeść ciastko i mieć ciastko. Chyba nie ma mężczyzny, przy którym czegoś by mi na dłuższą metę nie brakowało. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy obiecać, że nigdy nie zdradzę. Wiem, że kiedyś tych kilka chwil zapomnienia może pozwolić mi przetrwać, na nowo złapać powietrza docenić to co mam… Ktoś kto spojrzy zupełnie inaczej, świeżo, doceni, da to czego nie ma na co dzień w związku. Ten ktoś może być mi potrzebny, a ja nie mogę obiecać, że na pewno odmówię sobie tego jednego oddechu czystej wolności, pobycia jeszcze przez chwile tą drugą sobą, która gdzieś głęboko się zaszyła.

Może ktoś z kim mam spędzić życie powinien to wiedzieć?

Jestem praktyczna, ale też bardzo uczuciowa i bardzo wrażliwa, łatwo mnie zranić. Mam swoje wady, mam swoje potrzeby, o których mówię, ale może nie do końca wiem w jaki sposób skutecznie je wywalczyć?

Czego chce? O dziwo spokoju, poczucia bezpieczeństwa, mądrego człowieka u swego boku, który zawsze będzie wsparciem. Chcę poznawać siebie, uczyć się, kochać i szanować swoje potrzeby. Chciałabym poznawać swoją wartość, nie bać się, być dumna z tego kim jestem i co potrafię. Chciałabym móc odpowiedzieć sobie czy coś jest dla mnie dobre, czy nie.

Nasz związek ma dwie dość przeciwstawne strony, jedna mnie buduje, motywuje, pozwala się rozwijać, druga nieraz daje bolesnego kopa w brzuch.

Czy to ten człowiek? Czy on też potrafi się rozwijać jako człowiek, emocjonalnie?

Czy on potrafi mnie zrozumieć?

Czy nie zostawiłby mnie samej w trudnej chwili?

Czy on naprawdę chce, a może jest mu za ciężko?

Może kochanie mnie też wymaga wysiłku i pewnego poświęcenia, może to dla niego za wiele?

mały duży strach

Czasem myślę sobie może napiszę o tym i o tym na blogu, ale jakoś kiedy przychodzi co do czego zawsze brakuje czasu. Pisanie w większości stało się zbędne, nie potrzebuję go już.

Moje życie nie jest już tak szalone i niestabilne jak wcześniej, przestałam mieć dwie twarze, pozornie się uspokoiłam.

Zamiast spędzać czas na podrywaniu nowych mężczyzn i erotycznych igraszkach teraz regularnie odwiedzam rehabilitanta, ortodontę, a ostatnio też psychologa. Nie wiem jeszcze co myśleć o psychologu, czy to może mi pomóc? Poprzedni się nie sprawdził… Wraz ze zmianą pogody czuję się o wiele lepiej, wszystko jakby mniej boli i mam w sobie więcej nadziei. Już prawie nie pamiętam kim była ta dziewczyna z bloga… Chujus chyba dał spokój po moim ostatnim wypracowaniu, które fundnęłam mu gdy po raz kolejny szukał kontaktu (chociaż z nim nigdy nie wiadomo). Myśl o nim napawa mnie lekkim obrzydzeniem, a z drugiej strony czasem tęsknię za niektórymi aspektami bycia wolnym strzelcem. Trochę za czasem tylko dla siebie albo układaniem planu dnia tak jak mi wygodnie, za tą siłą jaką dawało mi poczucie bycia pożądaną, dreszczem niebezpieczeństwa.

Mój facet to dobra partia, ma wszystko i dba o mnie. Jest wartościowy, pracowity, zaradny. Kilka wad też ma jak każdy. Jest mi z nim dobrze i generalnie ma na mnie dobry wpływ. No, ok czasem przyprawia mnie o niezły stres, ale tak już poniekąd chyba być musi. Kim teraz byłabym bez niego? Nie wiem. Kim byłabym przy kimś innym? I czy między nami może naprawdę się udać?

A jaka byłabym gdyby nic mnie nie ograniczało? Gdyby nie paraliżował mnie strach, gdybym nie czuła bólu?

Jak wtedy wyglądałoby życie?

Co będzie po studiach? Czy dam sobie radę?

Wraz z mało przewidywalnym seksem znikło dawne szaleństwo, znikła odskocznia od codziennych pytań i wątpliwości, znikło źródło narcystycznej rozpusty łechcącej czule moje nie aż tak duże ego. Ubyło trochę poczucia złudnej wolności, słodkiego buntu przeciw wszystkiemu.

ta, która zawsze chce „więcej”

Kocha mnie, tak sądzę.

W sumie jest najlepszym facetem jakiego można by sobie wymarzyć.

Czasem zdarza mi się, że czuję że na niego nie zasługuję. Jesteśmy w zupełnie różnych miejscach w życiu, co chyba naturalne w tej sytuacji on jest dużo bardziej samodzielny i bardziej mi pomaga. Jest kochany. Czy mogę jeszcze coś powiedzieć?

Czasem mam wyrzuty sumienia, gdy coś mi nie pasuje. Swoją drogą on mówi, że się mu wydaje, że jaki by nie był, to i tak znajdę coś co nie pasuje… Może ma trochę racji?

Jednak jednej rzeczy sobie nie wymyśliłam, co zresztą sam przyznaje- z jakiegoś powodu on mnie nie pragnie.

Właściwie, on chyba w ogóle tego typu rzeczy z jakiegoś powodu od dłuższego czasu nie pragnie.

A mnie to boli bardzo.

Powiedziałam mu:

- już prędzej bym Ci wybaczyła, gdybyś nie był dla mnie tak dobry, jeśli tylko byś mnie pragnął

I jak by to nie brzmiało, sądzę że to prawda.

Zależy mi na nim. Podoba mi się i lubię z nim seks. Jedyny problem to to, że właściwie sam z siebie nie miewa na to chęci, zresztą i moje namowy zwykle kończą się fiaskiem zawsze znajdzie się „coś” żeby odmówić choćby w ostatnim momencie.

Zresztą jaka jest przyjemność z wyżebranego seksu?

Przyzwyczaiłam się, że ja często chce więcej niż moi partnerzy i w sumie to mi pasuje, lubię od czasu do czasu lekki niedosyt, to że nie mogę zawsze dostać wszystkiego czego bym chciała.

Tu już nie chodzi aż tak o fizyczność, seks.

Tu chodzi o miłość mężczyzny do kobiety.

Tu chodzi o pożądanie.

Tu chodzi o to jak bardzo boli bycie odtrąconą przez ukochaną osobę i gdzie znaleźć wyjście z tej sytuacji.

Chce z nim być, chce z nim żyć.

Chce być dla niego najpiękniejszą kobietą na świecie.

Widzę w jego oczach czułość, ale nie widzę pożądania.

Jak być z nim z tą świadomością?

Jak go kochać, nie czując się w pełni kochana?

Jakby część mnie, ważna część była gdzieś spychana, chowana pod dywan, kiedy już wydawało się, że mogę być w pełni sobą.

Zastanawiam się jak można nie pamiętać NIC ze swoich poprzednich relacji, czy on w ogóle w nich był? Czy były dla niego aż tak nieistotne, że nic nie pamięta?

Jak można nie wyciągnąć żadnych wniosków, nie dowiedzieć się niczego osobie z poprzednich związków?

Jak można nie pamiętać NICZEGO?

To przerażające.

o co chodzi?

should_her_by_evalauda

Jak to jest…

Czasem zastanawiam się dlaczego mój mężczyzna właściwie jest ze mną, zastanawiam się nawet często, o co mu chodzi?

Jest dla mnie ewidentnie jasne, że jego kobieta ma być niezależna, zaradna, pewna siebie, samodzielna, mówił mi o tym przecież nie raz. Różnica wieku jest ok, ale powinna być starsza niż ja, bo ja jestem jeszcze za młoda. Póki co jestem właściwie zaprzeczeniem tego, czego pragnie, a patrząc na niego staje się jeszcze bardziej niepewna.

Jestem studentką, rozpieszczoną, delikatną, wrażliwą, utrzymywaną przez rodziców, niewiele wiem o prawdziwym dorosłym życiu, kiepsko jeżdżę samochodem i się tego boję, gotuję też na razie średnio, nie umiem dobrze sprzątać, nie pracuje, nie jestem dobra w sporcie. Właściwie po co mu jestem?

Mam kompleksy, gdy patrzę na dziewczyny jego kumpli, które są w jego wieku, przecież one mają to wszystko czego właśnie on pragnie… Tylko po co jest ze mną? Liczy, że będę taka jak one? Tylko na to czeka, a jeśli nagle stwierdzi, że nie jestem, że nie na to czekał to odejdzie?

Ewidentnie nie chodzi o moją dupę, bo mimo że mówi, że ją lubi, to ledwie ją zauważa.

Mogę wić się i prężyć się przed nim nago, mówić jak bardzo mam na niego ochotę, a on i tak woli obejrzeć filmik na youtubie, pójść spać, czy pobawić się telefonem. Nie ma miejsca na spontaniczność, nie ma miejsca na choćby iskierkę pożądania. Czy on w ogóle ma na mnie ochotę? Mówi, że mu się podobam, tylko ja tego nie czuję… Nie widzę tego w jego spojrzeniu, widzę raczej że go męczę, kiedy mam na niego ochotę. Czuję się jakbyśmy byli co najmniej 10 lat razem, jakbym była po porodzie obwisły mi cycki, przytyła paręnaście kilogramów i nabawiła się rozstępów. Nie wiem czy to dealbreaker, ale czy potrafię zaakceptować już teraz, że tak jest i będzie?

Dlaczego on ze mną jest?

Mówi żebym była po prostu sobą, ale czy on na pewno lubi mnie taką jaka jestem razem  z tą mniej grzeczną stroną, czy on jej w ogóle chce? Bo czuję, że powinnam schować ją głęboko pod kołdrę.

Nie spełniam jego oczekiwań, nie chodzi też o seks, bo chyba dla niego jestem podniecająca niczym odgrzewany kotlet, to o co chodzi?

dobrze…

pobraneJak dobrze być sobą, nie musieć nikogo udawać, nie musieć perfekcyjnie wyglądać, najlepiej nie mieć okresu… Nie musieć wspaniale gotować, ścierać kurzu do nieprzytomności, nie musieć prasować (czego nie umiem i nie lubię), nie musieć rozkładać nóg do szpagatu w oczekiwaniu na spływające „błogosławieństwo”.

Jak dobrze nie czuć się źle z powodu rzeczy, na które nie mam wpływu. Jak dobrze być kochana chodząc nieumalowana w pluszowych kapciach zamiast bezwstydnych szpilek. Jak dobrze być potrzeba mimo, że nie zapowiada się żebym w niedalekiej przyszłości mogła porządnie obciągnąć.

Jak dobrze być akceptowana.

Jak dobrze powoli rozliczać się z przeszłością, wyciągać wnioski.

Jak dobrze mieć mężczyznę, który jest zaradny, który mnie kręci i z którym jest mi wygodnie.

Jak dobrze nie musieć się zadowalać „tym co jest, bo w gruncie rzeczy ma jakieś zalety”, zamiast tego mieć wszystko co jest dla Ciebie istotne.

Nie dajmy sobie wmówić, że powinniśmy cieszyć się czymś, co nam nie do końca odpowiada.

Nie wybierajmy kogoś na poważny związek tylko dlatego, że jest dobrym człowiekiem, czy z jakiegokolwiek innego powodu, jeśli brak mu czegoś co jest dla nas istotne.

Nie dajmy sobie wmówić, że nie możemy mieć takiego partnera jakiego potrzebujemy, bo to bzdura.

Cały czas uczę się siebie, uczę się kochać siebie i akceptować swoje ograniczenia.

Cały czas uczę się, że nie muszę spełniać czyiś oczekiwań.

Cały czas uczę się szanować swoje pragnienia i potrzeby.

Damy.

Kim  jestem? Nie wiem.

Na pewno nie jestem jeszcze prawdziwą kobietą.

Czasem patrzę na starsze od siebie o te mniej więcej 10 lat, czasem je podziwiam, a czasem nie lubię. Czasami przyglądam im się ukradkiem w knajpie, popijając drinka, mają w sobie coś co ja jeszcze nie do końca czuję, są takie eleganckie, świadome, a może tylko udają?

Mam wrażenie, że patrzą na mnie spode łba, z wyższością, może mają prawo?

Wydają się takie niezależne, wiedzące czego chcą od życia, wyglądają i zachowują się jak damy, a mężczyźni czują przed nimi respekt. Ja jestem lekko onieśmielona, niepewna, dyplomatyczna, tylko czasem wyjdę z cienia. Nie czuję się z nimi dobrze, wiem że nie pasuje, ich ostentacyjna pewność siebie mnie przytłacza, wyklucza.

One raczej nawet na mnie nie spoglądają, czują się lepsze, a może po prostu zagrożone? Może nie odpowiada im, że jestem młodsza, może boją się, że ich mężczyzna też będzie chciał je wymienić? Skąd ich niechęć? A może ja sama mam w sobie jakąś podświadomą niechęć w stosunku do młodszych kobiet? Co jeśli sama ich nie lubię? Dlaczego? Czy czasem mimo, że na razie nie mam żadnych powodów czuję, że są potencjalnym zagrożeniem?

Co sama bym pomyślała gdyby kiedyś w towarzystwie pojawiła się 10 lat młodsza? Czy nie patrzyłabym na nią z góry, czy nie poczułabym się w jakiś sposób zagrożona? Czy inne kobiety w moim wieku nie zareagowałyby tak samo? Teraz ja czuję dystans, czuję ich wyższość, pewną niechęć, ale jak sama czułabym się na ich miejscu?

Właściwie czemu miałyby nie odczuwać wyższości, są przecież samodzielne, już coś osiągnęły, a może nawet niektóre z nich wiedzą co chcą robić w życiu. Czy ja też kiedyś taka będę?

Czy będę miała kiedyś taką potrzebę manifestowania swojej niezależności, pokazywania jaka jestem „wspaniała”, „najlepsza”?

Chyba mam trochę inną filozofię, po prostu taka nie jestem i nie lubię wchodzić w te damskie gierki, nie czuję że muszę coś pokazywać, na siłę udowadniać, może dlatego, że teraz czuję się bezpiecznie.